Piękna Warszawa

O Warszawie ironicznie, satyrycznie, czasem poważnie i statystycznie.

A teraz pokażę ci mojego Neptuna!

Park jurajski na Olkówku. Już wkrótce mogą zacząć, krążyć nad nim prawdziwe planety w skali mikro 😉

Samolot wylądował dość punktualnie. Ponad 6000 km lotu zakończyło się przyziemieniem z nie więcej, niż pięciominutowym poślizgiem w stosunku do planu. Tak więc, można to uznać za dużą punktualność. Odebranie bagażu zajęło chwilę. Taką dłuższą. Zamówiona taksówka nie pojawiła się. Jak widać można zaplanować lot niemal co do minuty, ale przejazdu kilkunastu, a może i mniej kilometrów przez miasto, aby zjawić się o wyznaczonej godzinie, już nie. Na szczęście nie jedną korporację taksówkową w mieście mamy. Chwila czekania, taka dłuższa. I już można się rozsiadać na tylnym siedzeniu i czuć jak pan. Jeszcze tylko ostatnie spojrzenie w stronę drzwi budynku i można zakrzyknąć: jedźmy! Nikt nie woła.

Taksówkarz bardzo sympatyczny, zagadywał całą drogę. Pokazał mi, że z Okęcia na Ursynów, można dojechać także Wisłostradą. Człowieka nie było w kraju raptem tydzień, a tu takie nowości komunikacyjne. Od dziś, jeśli najdzie mnie potrzeba dojechania z domu na lotnisko, to tylko Wisłostradą! Co prawda kurs okazał się trochę droższy niż zwykle, ale że był środek nocy, to nie chciałem się z człowiekiem kłócić i sensacji na całe osiedle robić. Potulnie zapłaciłem i się grzecznie trzema słowami pożegnałem. Blok się nie zmienił i moje mieszkanie też. A że zmęczenie mnie już silne brało, to bez mycia na łóżko upadłem i w mig zasnąłem.

Nie wiem ile godzin ten sen trwał, ale obudził mnie blask przepotężny zza okien balkonowych dochodzący. Słońce przyjemnie grzało. Spojrzałem na zegarek – godzina czwarta. Z początku myśli moje wybiegły w stronę zmian stref czasowych, jet-lagów i ogólnego zmęczenia lotem, stąd od razu nie skupiły się na tym, że to nie czwarta po południu, ale w nocy. Nad ranem czwarta. Ta prawidłowa i jedyna czwarta, w naszym kraju obowiązująca. Podszedłem niepewnie do okna i zasłony rozsunąłem, ale tak ostre światło tuż zza nich biło, że nie sposób było patrzeć. Osłaniając oczy dłonią, szybko się wycofałem, w celu założenia okularów przeciwsłonecznych lub maski spawalniczej, co ją akurat w szafie na czarną godzinę trzymałem. Nagle blask zniknął, jakby na pstryknięcie palcami. Moje oczy jeszcze nieprzyzwyczajone do ciemności, ledwo jakieś sylwetki za oknem dostrzegać zaczęły. Chwilę potem i rusztowanie i jakaś tajemnicza kula zaczęły być widoczne. Otworzyłem natychmiast drzwi na balkon i wyskoczyłem ze złością, ale i minimalną ciekawością, do krzątających się na zewnątrz ludzi. Miałem im do przekazania, poza trzema słowami pozdrawiającymi kilka pytań, co to i na co komu potrzebne i czemu na moim balkonie akurat? Robotnicy odpowiedzieli mi ciepłym pozdrowieniem w podobnym tonie, a gdy sytuacja się już uspokoiła, zaczęli wyjaśniać wszystko.

Otóż, pod moją nieobecność przystąpiono do realizacji jednego z projektów mieszkańców złożonego w ramach budżetu partycypacyjnego. Mnie te sprawy nie interesowały, więc za swoją niewiedzę mogłem winić tylko siebie. Na szczęście inni, bardziej świadomi, wiedzieli lepiej, co mocniej przysłuży się społeczeństwu i w głosowaniu projekt taki wybrali. Pierwsze plany wskazywały, że będzie to tylko pomoc dydaktyczna, ale w kolejnych dyskusjach, ludzie zaczęli domagać się coraz szerszych znamion realności. W efekcie, w fazie realizacji projektu, wierność oddania szczegółów i cech obiektów była bliska całkowitej, a jedyna różnica dotyczyła skali. Jeden z robotników nawet pokazał mi plany powstającego miniaturowego układu słonecznego, jednoznacznie wskazujące, że Słońce (przez duże „S”) będzie znajdować się na skraju mojego balkonu, bo inaczej cały układ, by się w wyznaczonym miejscu zwyczajnie nie zmieścił. Pozostało mi tylko zaakceptować taki stan rzeczy, bo wiadomo, że z ludźmi i robotnikami uzbrojonymi w klucze francuskie nie wygrasz. Machnąłem ręką i poszedłem spać, tym razem szczelniej zasłaniając okna. Niepotrzebnie zresztą, bo więcej prób rozpalania osiedlowego Słońca, już dziś miało nie być.

Dni mijały, a miniaturowy Układ Słoneczny nabierał kształtów. Słońce na moim balkonie wprawdzie ukończono pierwsze, ale, póki co, nie odpalono go na więcej, niż dziesięć procent mocy, tak więc jeszcze nie miałem pełnego obrazu możliwości całej instalacji. Zacząłem jednak podejrzewać, że będzie ona czymś spektakularnym. Większość planet rozmieszczono na otwartej przestrzeni, stąd nie wadziły nikomu. Ale jedna – Neptun, wypadła akurat w mieszkaniu sąsiada z naprzeciwka. Założenia projektu mówiły jasno, że skala musi być zachowana, a instalacja ogólnodostępna. Z tego powodu Neptun musiał znajdować się tuż obok łóżka sąsiada i na życzenie, musiał on udostępniać go każdej zainteresowanej osobie. Cóż, pomyślałem, że jednak lepiej mieć Słońce na balkonie, niż Neptuna w sypialni i pocieszony tą myślą, powróciłem do codziennych obowiązków.

W międzyczasie wśród realizatorów inwestycji odbyła się dyskusja, czy planety karłowate też umieszczać w instalacji, a jeśli tak, to z czego miałyby być wykonane? Ktoś zasugerował, że najbardziej znaną z nich – Plutona, najlepiej byłoby zrobić z plutonu. Poczyniono nawet pewne przygotowania w tym kierunku, rozeznając się ile kilogram plutonu na czarnym rynku kosztuje, bo w oficjalnej dystrybucji, tej dla prywatnych inwestorów, był znacznie trudniej dostępny. Ceny jednak okazały się zaporowe, a i dyskutanci doszli do wniosku, że pewnie by go ktoś zaraz ukradł, więc nie było sensu obiektem tym sobie głowy zaprzątać. Chwilę jeszcze dyskutowano, czy Ziemia ma być kulą, czy dyskiem, ale większość stwierdziła, że kulę będzie prościej wykonać i zagłosowała za pierwszą opcją. Stanęło, więc na staroświeckich ośmiu kulistych planetach i Słońcu.

W końcu nadszedł dzień otwarcia. Fani astronomii przybyli nie tylko z całej dzielnicy, ale i z miasta oraz wiosek okolicznych. Punktualnie w samo południe instalacja została uruchomiona. Z racji, że tylko Słońce stanowiło obiekt, nazwijmy to modnie – interaktywny, to całość uwagi gości skupiona była na moim balkonie. Ja sam, samotnikiem raczej byłem, stroniącym od nadmiernego towarzystwa, więc na balkon nie wychodziłem, chowając się po drugiej stronie mieszkania. Włączenie instalacji nie wpłynęło na pozostałe planety, bowiem były one wykonane z metali zwykłych, budzących zainteresowanie jedynie wśród złomiarzy, natomiast Słońce zbudowane w oparciu o szereg patentów, faktycznie stanowiło wyjątek. Z początku żarzyło się ledwo, jednak sekunda po sekundzie blask jego rósł, do tego stopnia, że pierwsze rzędy zainteresowanych osób, oczy mrużyć zaczęły. Stopniowy wzrost mocy okazał się jednak zbyt powolny dla zaproszonych oficjeli, którzy musieli na inne otwarcie się udać, stąd poproszono, tonem rozkazującym, odpowiedzialnego za całą instalację technika, aby od razu pokrętło na sto procent ustawił. Posłuszny człowiek to był i wszelkim przejawom władzy się nie sprzeciwiał. Słońce nagle rozbłysło pełną mocą oślepiając w pierwszej sekundzie ponad jedną trzecią gapiów. Potem z gazet dowiedziałem się, że było to oślepienie totalne. Cóż, nikt nie mówił, że miłość do astronomii jest bezpieczna. Dalej stojący lub bardziej ostrożni obserwatorzy mieli więcej szczęścia i jedynie poparzeń pierwszego stopnia doznali, z których dość szybko się wyleczyli. A jeśli o mnie chodzi, to z racji, że byłem po drugiej stronie mieszkania, większych obrażeń nie doznałem. Jedynie nieco balustrada mi się stopiła i szyby w oknach odkształciły.

Po pierwszym pokazie na Słońcu założono ogranicznik mocy, jednak niezbyt silny, aby projekt na realności nie stracił. Miłośnicy astronomii chcący poobcować z układem słonecznym, mogą dla własnego bezpieczeństwa wypożyczyć maski spawalnicze. Nie jest to jednak warunek konieczny, bowiem maska taka znacząco ogranicza doznania. Mi, natomiast udało się przebłagać kilka osób i całkiem za darmo zainstalowano na moich oknach wolframowe rolety, dzięki czemu, nic mi już szkła nie topi. Podejrzewam nawet, że zimą nie będę musiał ogrzewania włączać. Najlepiej na całej inwestycji wyszedł jednak chyba sąsiad, któremu jedną z planet zainstalowano w sypiali. Przechwalał się, że już wiele miłośniczek astronomii, które nakazano mu wpuszczać do mieszkania, usłyszało zdanie: A teraz pokażę ci mojego Neptuna!

Tekst inspirowany projektem numer 1912 złożonym do tegorocznej edycji budżetu partycypacyjnego w Warszawie. https://app.twojbudzet.um.warszawa.pl/projekt/15937

Potencjalna lokalizacja bliższa Kopie Cwila.
Inna potencjalna lokalizacja projektu.
Po prawej plac zabaw, a po lewej trochę pustej przestrzeni. Miejsca dla planet wystarczy. Albo i nie.
A tu by się nawet znalazło miejsce dla projektu, w skali jeszcze bardziej mikro. Tylko niestety, niektóre z planet mogłyby być zabrane przez skore do zabawy pieski 😉

Podkreślić należy, że powyższy tekst ma charakter satyryczny i nie przedstawia faktycznej realizacji wskazanego projektu, jeśli zostanie on wybrany w głosowaniu. A sam projekt, z racji, iż promuje wśród ludzi zainteresowania naukowe (astronomia), jest jak najbardziej słuszny. Problematyczne może być tylko jego umiejscowienie, bowiem przy zachowaniu, w podanej skali, rozmiarów orbit planet, może się okazać, że niektóre z nich znalazły się na… Mokotowie. To oczywiście żart. Żadna z planet tam nie trafi. Ani na balkon, któregokolwiek z mieszkańców. Prawda jest jednak taka, że podane w opisie projektu lokalizacje, pomimo, iż są dość bliskie, to jednak ze sobą nie graniczą (okolice parku jurajskiego na Olkówku i bloku bliższego Kopie Cwila). Utrudnia to zwizualizowanie sobie przed oczami wykonanego projekt, ale wcale go nie przekreśla.

Aby zapoznać się z tym i innymi projektami, które pozostają jeszcze w fazie weryfikacji, ale już niedługo będą poddane pod głosowanie, proszę zajrzeć na stronę: https://app.twojbudzet.um.warszawa.pl/site/welcome

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *