Piękna Warszawa

O Warszawie ironicznie, satyrycznie, czasem poważnie i statystycznie.

Żywot Damiana

Efekt pracy siły mięśni w połączeniu z tęgim rozumem. Gratulacje!

Damian siedział na ławce w swojej tradycyjnej, dominującej pozycji, ze stopami na siedzeniu, a siedzeniem na oparciu, czyli nie tak, jak zwykli ludzie zwykli siadać. Nie był tego świadomy, ale to, w jaki sposób się usadawiał świadczyło o jego wielkim awansie mentalno-społecznym, bowiem jego ojciec, kiedy tylko mógł, przyjmował pozycję kuczną – niewolniczą, tak bliską wielu przedstawicielom ludów Wschodu bliższego i dalszego. Zajmowana na ławce pozycja była wyraźnym świadectwem, że żadne kajdany nie krępują rąk tego młodego człowieka, a tym samym posiada on sporą dozę swobody, a może nawet wolności. Co prawda bliskie mu były tzw. „zawiasy”, ale nie był to chlubny moment jego życia, o którym chciałby wspominać na przykład w trakcie wigilijnej kolacji. Może już prędzej w gronie kolegów, gdzie ów brak kajdan, a obecność zawiasów była powodem do pewnego rodzaju dumy i wzmocnienia swojego grupowego statusu. Tego wieczora, nie było jednak przy nim kolegów, z którymi mógłby się dzielić wspomnieniami i przemyśleniami. Był sam, a przypadkowi przechodnie, ledwo tylko zauważali jego sposób siedzenia, nie doceniając zajmowanego przez niego miejsca w hierarchii jego nieobecnej grupy.

Wieczór powoli przerodził się noc, wciąż jeszcze ciepłą i jak zwykle niemal cichą. Jedyne odgłosy pochodziły od zawieszonych w parku dzwonków delikatnie smaganych wczesnojesiennym wiatrem. Dźwięki z nich płynące były łagodne i nie miały prawa nikogo denerwować, o ile ograniczały się do kilkuminutowych seansów pseudomuzycznych. Tymczasem uszy Damiana przyjmowały te spokojne tony bezkrytycznie już od dłuższego czasu, minuta po minucie, przekształcając je gdzieś w środku głowy w nieznośną kakofonię. Wewnętrznego bólu nie mogło nawet zagłuszyć kompulsywne plucie na chodnik. Chłopak z każdą chwilą zaczynał się czuć coraz bardziej nieswojo, zupełnie jak wtedy, gdy przed laty ojciec pierwszy raz poczęstował go wódką, pomimo, że dzieci do lat 7 nie powinno się takimi napojami częstować. Wypity tamtego dnia po raz pierwszy mocniejszy alkohol poraził część połączeń nerwowych w mózgu dziecka, wywołując trwałe ubytki i wypalając tym samym kolejne piętno, obok nadanego imienia i niewolniczego pochodzenia ojca, na ciele i duszy dopiero kształtującego się człowieka.

„Z bezczynności rodzi się głupota” – powiedział kiedyś pewien mędrzec. Damianowi jednak te słowa nie były znane. Nie uczą ich w szkołach, a nawet, jeśli byłyby wpajane tam dzieciom do głów, to z dużym prawdopodobieństwem, akurat nie w trakcie tych nielicznych lekcji, na których chłopak miał okazję się zjawić. Może to bezczynność, a może to nadane mu przez rodziców imię pchnęło go do działania. „Wróg czai się za rogiem” – brzmiało inne hasło, popularne w czasach, gdy jeszcze nie ojciec, a dziadek Damiana piął się po szczeblach kariery w budynku z niewiadomych powodów odciętym od otoczenia wysokim murem zwieńczonym drutem kolczastym. Jednak dziś, gdy dawne hasła straciły na aktualności, wróg mógł czaić się wszędzie. Damian o tym wiedział i, być może, właśnie dlatego tak często rzucał nieprzychylne spojrzenia w stronę materii nieożywionej żywo obecnej w środowisku miejskim. Urealniony wróg tym razem przybrał postać aluminiowych dzwonków, które co chwilę dźgały delikatne bębenki uszne chłopaka, wykształcone na rodzinnych kłótniach i muzyce ulicy, śpiewanej przez zdeformowanych ludzi w drogich samochodach. Lata praktyki sprawiły, że Damian dobrze wiedział, co należy zrobić z wrogiem, aby raz na zawsze zamilkł, aby cisza dała chwilowe ukojenie, aby rozbita szyba stała się świadectwem możliwości człowieka w kształtowaniu świata, aby przewrócony kosz na śmieci zaświadczył o odrobinie chaosu w uporządkowanej przestrzeni. Narzucony sobie pewny krok bezwzględnie wskazywał na przekonanie o słuszności powziętego zamiaru. Dzwonki musiały zamilknąć. Już nie siedział. Szedł. Z każdą sekundą odległość między człowiekiem, a instrumentem zmniejszała się, w rytm przesyłanych przez mózg do członków ciała sygnałów cel-zadanie-wykonanie. Jeszcze tylko pięćdziesiąt metrów, czterdzieści dziewięć, czterdzieści osiem…

Ukierunkowanie na cel-zadanie-wykonanie, osłabiło jednak zdolności spostrzegawcze chłopaka i uniemożliwiło mu w porę zrozumienie, że o tej porze nie jest on jedyną osobą w parku. Sporo przed nim, a zarazem, tuż obok dzwonków wyrosła nagle inna postać. Drobna i pomarszczona. Szturchała metalowe pręty wywołując jeszcze bardziej nieznośny jazgot. Chłopak tylko na ułamek sekundy zwolnił kroku, bowiem, jako człowiek odpowiedzialny, wiedział, że raz postawiony cel musi być osiągnięty i nic, ani nikt w tym nie przeszkodzi. Zbliżył się do kobiety z zamiarem odepchnięcia jej i zdemolowania instrumentu, gdy nagle usłyszał rozbrajający jego złość głos: „z nieba mi synku spadłeś! Pomóż mi proszę, bo sama nie daję rady. Te paskudne dzwonki tylko dzwonią i dzwonią, że nawet dzwonów kościelnych nie słyszę już”. Damian, z racji młodego wieku, zdziwił się tymi słowami, które jednak dla stojącej obok starszej osoby dziwne nie były. Nagle miał zrobić coś, nie wbrew, a za zgodą społeczeństwa? Nawet, jeśli to społeczeństwo było reprezentowane jedynie przez pojedynczą emerytkę, to jednak wprowadzało to pewną nieswojość do mocno uporządkowanego prywatnego świata chłopaka. Babcia, widząc brak zdecydowania, zachęcała kolejnymi słowami, ale chłopak stał jak głuchy, nie wiedząc, co robić. Jego mózg pilnie poszukiwał rozwiązania, ale mając tak nikłe zasoby wiedzy, nie mógł temu podołać i po chwili zrezygnował machając białą flagą, co raźno podchwyciła dotychczas czerwona z agresywnej ekscytacji skóra chłopaka, połowicznie blednąc. Z kolei babcia, wiedząc, że nic dobrym słowem nie zdziała, sięgnęła po argument ostateczny, wyciągając z portmonetki pierwszego króla Polski. „Będziesz miał na piwo albo dziewczynę na randkę zabierzesz”. Kawałek papieru na powrót uruchomił w chłopaku racjonalne myślenie, a jego zaprawione w bojach z niejednym przedmiotem martwym, jak i tkanką żywą dłonie, zaczęły błyskawicznie i sprawnie wyginać aluminiowe dzwonki, w kształty, których niejeden metalurg amator nie powstydziłby się pokazać w galerii sztuki nowoczesnej. „Niech ci Bóg wynagrodzi” brzmiały ostatnie słowa babci, do oddalającego się powoli, dumnego z siebie chłopaka. W pobliskich blokach mieszkańcy ponownie zaczęli słyszeć dzwony kościelne, a kojące dźwięki dzwonków odeszły na zawsze.

Dzwonek – rzecz pożądana i w miejscu publicznym długo nie powisi.
Zwyczajna kradzież czy zwyczajna destrukcja?
Konstrukcja jeszcze działająca i grająca.

Lokalizacja: park Przy Bażantarni, Ursynów.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *